Geoblog.pl    gryka    Podróże    Podróż Dookoła Świata część II    Polnocna Wyspa wita!
Zwiń mapę
2010
04
kwi

Polnocna Wyspa wita!

 
Nowa Zelandia
Nowa Zelandia, Wellington
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 26145 km
 
Nie było tak zle!:) Oblepieni smierdzacym blockiem dotarlismy do lesnego parkingu w poblizu Awaroa Inlet w Abel Tasman N.P. I - o dziwo! - staly 4 samochody!:) Jednak jakos tak nie zapowiadolo sie, ze jakikolwiek z nich miał niebawem ruszac... No to pieknie. Dlugo sie nie zastanawialismy tylko ruszylismy kreta, lesna droga w kierunku cywilizacji. Do pokonania mielismy kilkanascie kilometrow gorskimi drozkami. Nie bardzo nam sie to podobalo, ale za bardzo nie mielismy wyjscia. Trzeba było wczesniej pomyslec o jakims transporcie... Ale po jakis może 30 minutach marszu minely nas dwa samochody jadace w przeciwnym kierunku. Dobra nasza! Pewnie dojada do parkingu, zobacza, ze nie ma tam nic ciekawego (caly czas był odplyw) i niebawem będą wracac. Tak tez było. No i potem już gladko!:) Na 3 samochody dostalismy sie bez problemow idealnie wprost na nasze pole biwakowe, a nawet po drodze udalo nam sie zrobic zakupy spozywcze w supermarkecie:) Mielismy tym razem zdecydowanie wiecej szczescia niż rozumu. I potwierdzilo sie, ze podrozowanie autostopem po Nowej Zelandii jest autentycznie bardzo latwe!:) W Barn w Marahau zostalismy jeszcze dwie noce. Odpoczelismy, przepralismy rzeczy, skorzystalismy z internetu, podpatrywalismy "nasz" zwierzyniec w akcji. Bardzo sympatyczne miejsce. Nastepnego dnia trzeba było sie zwijac i opuscic to sielankowe zycie. Z tobolkami ustawilismy sie na drodze wylotowej i zaczelismy jechac w kierunku Picton. Znowu poszlo bezproblemowo. Miasteczko male, spokojne, przyjemne, kapitalnie polozone nad gleboko wcinajaca sie w lad zatoczka, dookoła zielone pagorki:) Chcielismy tam sie tylko przespac i nastepnego dnia rano ruszac promem do Wellington, wiec tylko zrobilismy zakupy, kupilismy bilet na prom (po 50NZ$), Danusia znalazla spokojne miejsce do rozlozenia namiotu, w miejskim parku przygotowalismy jakies jedzonko i potem już tylko spanko:) Noc była rewelacyjna. Ciepla, spokojna i co najwazniejsze - byliśmy blisko promowego terminalu. Prom odplywal o 8.00, a w terminalu odprawowym trzeba było być już przed 7! Wiec bliskosc miejsca noclegowego miala zasadnicze znaczenie...:) Sam prom rewelacyjny! Mielismy kapitalna pogode, wiec widoczki były ekstra! Przez ponad godzine ogromny statek wyplywal z fiordow poludniowej wyspy. Potem fragment otwartego morza pomiedzy wyspami. Slonce, silny wiatr i ONE! Danusia pewnie sie wkurzy, ale musze to opisac...:) Po wyplynieciu z fiordowych zatoczek postanowilem sobie uciac slodka drzemke na jednej z pokladowych laweczek. Danusia caly czas obserwowala wode w nadziei, ze wypatrzy cos interesujacego. Ale w pewnym momencie zrobilo sie dosc zimno, a do tego caly czas bardzo silny wiatr i zeszla z pokladu i schowala sie gdzies do srodka. Ja slodko spalem dalej do momentu, kiedy otworzylem prawe oko... Nie wiem jak, ale z tej lezacej pozycji i katem tylko jednego i to do tego na wpol otwartego oka, zauwazylem cos w wodzie. Zerwalem sie na rowne nogi, podbieglem do barierek... A za mna cala reszta pasazerow z pokladu. Przed nami plywaly delfiny! I to nie jeden czy dwa, ale cale stadko! Wpierw były daleko i tylko na ulamki sekund pojawialy sie nad powierzchnia wody; ale po chwili były już bardzo blisko burty promu i moglismy je podziwiac w calej ich okazalosci. Zaledwie kilka metrow dzielilo nasze oczy od ich lsniacych w sloncu cialek!:) Były przepiekne! 6 czy 7 sztuk wyskakiwalo majestatycznie ponad wode, jednoczesnie, jeden obok drugiego, jak na klasycznych obrazkach... Wrazenie zapierajace dech w piersiach. Tylko oczywiście Danusi na pokladzie nie było, nie miałem tez aparatu... Trudno! Ten widok musi pozostac w pamieci... No i jak sie wszystko skonczylo, delfinki sobie gdzies tam odplynely, pozostali tylko podekscytowani ludzie, to na poklad wbiegla Danusia z pytaniem czy widzialem delfiny... Była tak wsciekla, ze nie szlo z nia gadac... No fakt, miala niezlego pecha. Caly czas na nie czekala, a kiedy poszla tylko na 10 minut poza poklad, wtedy sie wlasnie pojawily. Coz. Tak bywa!
Do Wellington doplynelismy przed poludniem. Dostalismy dlugo wyczekiwana informacje od naszego kolejnego gospodarza z HC, ze możemy u niego być po godzinie 17, wiec mielismy troche czasu, żeby sie po miescie pokrecic. Miasto jak wiekszosc miast w NZ. Bardzo przyjemne i bardzo ladnie polozone. Zorientowalismy sie w terenie, odszukalismy wlasciwe polaczenie autobusowe na nocleg, odwiedzilismy slynne muzeum Papa (ale tam trzeba być caly dzien, żeby choc troche liznac tego wszystkiego...), wjechalismy kolejka linowa na wzgorze z ogrodem botanicznym skad pieknie można było zobaczyc panorame miasta. I tyle. Wczesnym wieczorem odebralismy bagaze z przechowalni w jednym z backpackerskich hosteli, podreptalismy na przystanek autobusowy i pojechalismy za 5,50NZ$ do Lowry Bay. Troche sie tego noclegu obawialismy, bo z facetem był kiepski kontakt, dlugo nie odpowiadal na wiadomosci, mieszkal dosyc daleko poza miastem, czulismy, ze może być jakos tak dziwnie...
Cale szczescie, ze nasze przeczucia czasami sie nie sprawdzaja!:) Steve już na nas czekal. Po 2minutach byliśmy we wspanialym domu, u wspanialej Rodziny, we wspanialej okolicy okolicy ze wspanialym widokiem na zatoke i Weliington!:) Znowu trafilismy idealnie!:) Faktycznie. Rodzinka bardzo sympatyczna i pomocna. Oczywiście jedzonko, winko i piwko:) Dostalismy osobny pokoj, reczniczki i do dyspozycji komputer. Troche balismy sie o cieply prysznic, bo dom był w trakcie sporego remontu, ale wieczorem pojawil sie hydraulik (ale nie z Polski...) i wode uruchomil:) Spedzilismy tam caly kolejny dzien, troche sie leniac, troche uzywajac domowego zycia:) Coraz czesciej zaczynamy tesknic za tym, żeby budzac sie nastepnego dnia nie trzeba było sie pakowac i jechac gdzies tam dalej. Takie podrozowanie jest niesamowicie fascynujace, ale tez bardzo meczace. Tak wiec milo spedzilismy czas w domu Steve'a, a w Wielki Piątek ruszylismy w kierunku Mordoru!! Oczywiście Steve razem z Zona odwiezli nas samochodem kilkadziesiat kilometrow na polnoc i zostawili w bardzo dogodnym do lapania stopa miejscu na drodze krajowej nr 1... Mordor był coraz blizej!:)
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Zdjęcia (42)
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
zwiedzili 26.5% świata (53 państwa)
Zasoby: 516 wpisów516 616 komentarzy616 9029 zdjęć9029 0 plików multimedialnych0
 
Nasze podróżewięcej
07.09.2021 - 22.09.2021
 
 
08.09.2019 - 20.09.2019
 
 
03.09.2018 - 24.09.2018