Geoblog.pl    gryka    Podróże    Podróż Dookoła Świata część II    Laos! - Vientiane
Zwiń mapę
2009
16
lis

Laos! - Vientiane

 
Laos
Laos, Vientiane
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 12066 km
 
Cos nie moglismy sie jakos zmobilizowac i z hotelowego pokoju w Nong Khai wyszlismy dopiero w poludnie. Wlasciciel (troche przypominajacy Chinczyka) był wczoraj tak pijany, ze pewnie nie miał sily jeszcze wstac i nikt nas nie pozegnal. Kupilismy dosyc duza papaje na drugie sniadanie. Tuk-tuk za 100THB dowiozl nas na granice z Laosem tuz przed Friedship Bridge. To było jedno z kilku miejsc, gdzie wize do Laotanskiej Republiki Ludowej moglismy dostac od reki na granicy. Mielismy tylko nadzieje, ze nie powtorzy sie historia z lotniska w BKK, gdzie mialo być podobnie, i ze z Tajlandii nas wypuszcza droga lodowa pomimo wizy lotniskowej... Ale wszystko poszlo gladko. Na granicy tajskiej wbito nam pieczatki wyjazdowe, potem autobus za 20THB przez most do granicy z Laosem. Tam wypelnilismy wszystkie kwitki (aplikacja wizowa, papierek dla biura emigracyjnego i deklaracja o stanie zdrowia...), odczekalismy swoje (bo trafilismy oczywiście na przerwe na lunch...), zaplacilismy tez swoje (32$ od lebka) i z wiza laotanska weszlismy z duma do nowego kraju!:) Nie wiem jak, ale udalo nam sie zalatwic transport klimatyzowanym vanem do oddalonego o 24km Vientiane za 10.000 kip od lebka! Normalna cena to jakies 20-30 tys... (3.000kip=1zl) Dobra nasza! Już mi sie podobalo:) W stolicy byliśmy wczesnym popoludniem. Zrobilismy kupe, Danusia znalazla jakis hotelik za 70.000kip pokoik z lazienka niedaleko Mekongu. Ale byliśmy tak zmeczeni koszmarnym upalem, ze szybko zapadla decyzja o zostaniu w Vientiane na dwie noce i ogladaniu miasta nastepnego dnia. I dobrze, bo przynajmniej ze spokojem można było wypic piwko pod tutylem BeerLao, zjesc cos dobrego, przeprac przepocone koszulki i galotki, a na kolacje kupic prawdziwa bagietke, normalne maslo, serek topiony, ketchup, dzem pomaranczowy i tunczyka w puszce! Prawdziwa uczta!:) A! I wyczytalismy, ze calkiem niedalego jest kosciol katolicki, a ze była to niedziela, to poszlismy tam spacerkiem z nadzieja, ze zalapiemy sie na Msze swieta. Jednak skonczylo sie na obejrzeniu skromnego kosciolka z zewnatrz... Wszystko pozamykane na trzy spusty, a spotkany jakis chlopak poinformowal nas, ze możemy w liturgii uczestniczyc nastepnego dnia, ale o 6 rano... Pewnie nie da rady... Na noc wiatrak ustawiony prosto na lozko i rozkrecony rzecz jasna na maksymalne obroty. Przezylismy. W porownaniu z tym, co sobie zafundowalismy nastepnego dnia, te wszystkie dotychczasowe upaly były ledwo ciepelkiem... Chcielismy w Vientiane zobaczyc kilka atrakcji i pojechac na dworzec autobusowy, zeby kupic bilety na lokalny transport do Vang Vien. A ze było to wszystko troche rozrzucone, to wpadlismy na genialny pomysl wypozyczenia rowerow. Sprawa tania i bezproblemowa. Wypozyczalni wszedzie pelno, najblizsza jakies 20m od wyjscia z naszego hotelu, a koszt 10.000kip na dobe tez do przyjecia. A wiec w droge. Podjechalismy wpierw do Wat Si Saket. Swiatynia niby jakich wiele, ale mniej swiecaca, mniej zlota, mniej kiczowata, bardziej klimatyczna. Przyjemnie. Potem ruszylismy do Patuxai. Niby taki luk triumfalny. Wybudowany ponoc z betonu, ktory miał isc na nowe lotnisko. Lotniska nie ma, ale luk jest!:) Miał być z gory kapitalny widok na stolice. Ale ani sama budowla, ani widok nas jakos nie powalily. Upal robil sie coraz wiekszy, ale sytuacje ratowaly wypijane butelki z woda, coca-cola i innymi plynami;-) Pozostal nam jeszcze Pha That Luang - cale zlote cos, co wcale nie wzbudzilo mojego zainteresowania. Danusia wlazla tam za darmo (chcieli 5.000, ale jakos pani w kasie była malo uwazna...) i tylko sie upewnila, ze rzecz malo interesujaca. To dobra! Zostal nam tylko dojazd do dworca autobusowego. Tomek spojrzal w przewodnik, z mina znawcy stwierdzil, ze wie jak jechac i pojechalismy... Krazylismy po Vientiane chyba godzine. Zero informacji na temat dworca, nikt nic nie wie, albo nie rozumie. Totalnie zmasakrowani, spoceni, zmeczeni, przegrzani, czerwoni... Danusia w akcie desperacji zawrocila do hotelu, a ja pognalem na rowerze dalej. Ledwo zywy znalazlem odpowiednia ulice i dworzec... Tyle, ze był caly rozkoponay, w generalnym remoncie od jakiegos dluzszego czasu... Wsciekly i skrajnie wyczerpany ledwo dojechalem w poblize hotelu, gdzie w pierwszej lepszej knajpce duszkiem pochlonolem 0,630 litra zimnego piwa. Poczulem sie troche lepiej:) Z ulga oddalem rower i chialem jak najszybciej o tej koszmarnej przejazdzce zapomniec... Bilety do Vang Vieng już bez zbednych ruchow kupilismy w najblizszym hostelu. Klimatyzowany autobus turystyczny za 40.000kip miał ruszyc nastepnego dnia o 10.00...
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Zdjęcia (20)
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
Komentarze (1)
DODAJ KOMENTARZ
ZanetkaGrzes
ZanetkaGrzes - 2010-05-29 23:44
też pamiętamy ten koszmarny dworzec! :)
 
 
zwiedzili 26.5% świata (53 państwa)
Zasoby: 516 wpisów516 616 komentarzy616 9029 zdjęć9029 0 plików multimedialnych0
 
Nasze podróżewięcej
07.09.2021 - 22.09.2021
 
 
08.09.2019 - 20.09.2019
 
 
03.09.2018 - 24.09.2018