Geoblog.pl    gryka    Podróże    Podróż Dookoła Świata część II    W sercu Patagonii
Zwiń mapę
2010
01
maj

W sercu Patagonii

 
Chile
Chile, Coyhaique
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 45628 km
 
Taa... Patagonia! Czy raczej: Patagonia? No wlasnie...
Z Puerto Montt ruszylismy w 25 godzinny rejs promem do Puerto Aisen. Ledwo wyrobilismy sie na odprawe (no bo mielismy caly dzien...) i cali mokrzy dotarlismy do statku. Zakwaterowanie mielismy w czteroosobowej kabinie. Miejsce bardzo przyjemne. Mala kajutka, ale sprytnie urzadzona, a w dodatku z okienkiem na morze!:) Ale najlepsze było to, ze nikogo wiecej do tej kabiny nie przydzielili! Byliśmy w niej sami! Już nam sie spodobalo:) Na statku przyjemne toalety i prysznice z ciepla woda, jadalnia z barkiem z sala telewizyjna, kilka miejsc na pokladzie, gdzie sie można było pokrecic. Z portu wyplynelismy po godzinie 21 wiec na widoki raczej liczyc nie moglismy, a poza tym padalo. Przygotowalismy sobie kolacje, obejrzelismy jakis film i zagrzebalismy sie w pachnacych kolderkach w naszej kajucie. Spalo sie absolutnie genialnie! Delikatne kolysanie, szum wody, swieze powietrze wslizgujace sie przez uchylone okno... Bosko! Sprawdzilismy wczesniej prognoze pogody i wynikalo z niej, ze nastepnego dnia ma być dosyc ladnie. Zmobilizowalismy sie, żeby wstac po 7 rano i wyjsc na poklad zobaczyc wschod Slonca. Wstalismy, ale zadnego wschodu nie było:( Betonowe chmury i padajacy deszcz skutecznie odstraszal od siedzenia na pokladzie. W ramach biletow zafundowali nam sniadanie. Nawet calkiem calkiem: pieczywo, maslo, dzem, szynka, zolty ser, jogurt, kawa, herbata, soki:) Szlo sie najesc! Ale ta pogoda... Caly dzien padalo, widoki baaardzo mizerne, albo i wcale... Snulismy sie po statku, ogladalismy filmy, czasami wynurzalismy sie na zewnatrz. I cale szczescie, ze sie wynurzalismy! Widokow nie było, ale za to udalo nam sie wypatrzyc troche morskiej zwierzyny!:) Kilka razy widzielismy cos foko-podobnego, prawdopodobnie widzielismy orki i delfiny!! Wypstrykalismy tez caly film na pingwiny, ale po dokladniejszych ogledzinach doszlismy do wniosku, ze to jednak były inne ptaszki... Danusia wreszcie nasycila swoje oczeta obrazami wyskakujacych z wody morskich zwierzat i miałem w koncu spokoj:) (caly czas przezywala, ze nie widziala delfinow w NZ)
W porze obiadowej, kiedy pozostali pasazerowie wykupywali obiady, my przygotowalismy sobie zupki:) Wlasnie, slowko o pasazerach. Nie było ich zbyt wielu. Może ze 30 osob "pieszych", w tym ekipa cyrkowcow(!!), kilka samochodow osobowych i my jako jedyni turysci... Z cyrkowcami nawet sie poznalismy, kilka razy usilowalismy pogawedzic, ale szlo to dosyc ciezko, ale za to sympatycznie. Nawet zaprosili nas na przedstawienia w Coyhaique!:) Zobaczymy. Tuz po zmroku pojawily sie swiatla Puerto Chacabuco - nasz cel! Stad do Puerto Aisen było zaledwie pare kilometrow i co chwilke mialo cos jezdzic. Widac było panujace podniecenie, grzecznie sie spakowalismy i czekalismy, az statek przybije do brzegu. Wiedzielismy, ze taka operacja trwa czasami godzine. Jednak prom jakos nie kwapil sie do podplyniecia... Zakotwiczony zostal od strony dziobowej, a rufa wykonywala ruchy a to w lewo, a to w prawo, jak by nie mogl trafic w odpowiednie miejsce w porcie... I okazalo sie, ze nie może... Pan z obslugi przy pomocy jednej z pasazerek znajacych odrobine angielski wytlumaczyl nam, ze prom ma jakis problem techniczny i do brzegu dobijemy jutro rano... Nam to sie akurat baaardzo spodobalo! Jeszcze jedna noc (i do tego darmowa!) w przytulnej kajucie! Rewelacja!:) W ramach nieprzewidzianego postoju dostalismy tez wieczorny obiad, a rano sniadanie:)))
Niestety z promu trzeba było sie jednak ruszyc. Do portu (ale nie bez problemow - statek miał caly czas klopot ze wstecznym biegiem i był dopychany do brzegu przez holowniki i wciagany na linach...) dobilismy kolo 10 rano. Bez problemow dojechalismy do Puerto Aisen, tam sie przesiedlismy w kolejny autobus i dojechalismy do Coyhaique. Czesc ekipy cyrkowcow tez jechala autobusem, wiec z nimi było nam latwiej zorientowac sie co i jak. Z Coyhaique chcielismy jeszcze tego samego dnia przedostac sie do Argentyny. Udalo nam sie nawet odnalezc dzialajaca informacje turystyczna! Jednak nic dobrego z tego nie wyszlo... Najlepiej do Argentyny pojechac przez Chile Chico, ale autobus nastepnego dnia rano... Trafilismy do biura jednego z lokalnych przewoznikow, kupilismy bilety do Chile Chico (autobus 80km + prom 2,5 godz. = 6000 peso) zakwaterowlismy sie w tanim hosteliku i korzystalismy ze slonecznej pogody!!
Jeszcze tylko wyjasnienie, dlaczego ciagle autobusy. Chile mialo być jednym z najlepszych miejsc na swiecie do podrozowania autostopem, a my jeszcze nie sprobowalismy. Generalnie dwa powody: pogoda - deszczowo i zimno, czyli najgorsza rzecz dla autostopowiczow, powod drugi - zerowy ruch na drogach; jestesmy w tej czesci swiata grubo poza sezonem, nie ma ruchu turystycznego, wcale nie ma ruchu, nic sie nie rusza po drogach... Np.na 120 kilometrowym odcinku drogi nie widzielismy ani jednego samochodu. A - uwierzcie nam - to już nie jest takie wesole. Dlatego autobusy...
Wieczorem zastanawialismy sie, czy nie pojsc na przedstawienia cyrkowcow, ale ostatecznie zrezygnowalismy. Poza cena za bilety odstarszyl nas patagonski wicher...
Minibus podjechal punktualnie pod brame hostelu. Już kolo 10 byliśmy w Puerto Ingeniero Ibanez (po drodze cudne widoczki jesiennej Patagonii: kolorowe liscie drzew, glebokie doliny rzek, pojawiajace sie tecze, w oddali osniezone szczyty gor...), gdzie przesiadalismy sie na prom przecinajacy Lago Buenos Aires. Jezioro ogromne i pewnie piekne. Widokow podziwiac nie moglismy, bo zaczelo znowu padac. A na dodatek cale 2,5 godziny lecial w telewizji koncert jakiegos lokalnego spiewaka i myslelismy, ze dostaniemy swira. Nie moglismy go sluchac i nie mielismy gdzie uciec... Jakos przezylismy, doplynelismy do Chile Chico, w delikatnym już tylko deszczu pomaszerowalismy do cetrum miasteczka. Mielismy spory problem, żeby zorientowac sie co i jak. Zero informacji, klopoty ze zlokalizowaniem przystanku autobusowego... Kiepsko, bardzo kiepsko. Mielismy wrazenie, ze w Chinach szlo nam lepiej... Cudem znalezlismy minibus jadacy do Los Antiguos...
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Zdjęcia (26)
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
zwiedzili 26.5% świata (53 państwa)
Zasoby: 516 wpisów516 616 komentarzy616 9029 zdjęć9029 0 plików multimedialnych0
 
Nasze podróżewięcej
07.09.2021 - 22.09.2021
 
 
08.09.2019 - 20.09.2019
 
 
03.09.2018 - 24.09.2018