Lądujemy w Kairze ok. 8 rano. Straszny tłum na tym lotnisku. Musimy jeszcze ogarnąć wizę. Wygląda na to, że można po prostu zakupić w maszynach, ale są okienka, do których ustawiaja sie gigantyczne kolejki. Kontaktujemy sie z naszym agentem, który potwierdza, że możemy wizy zakupić w maszynach. Sympatyczny pan ogarnia tez dla nas karty SIM i zaprowadza do busika, którym zostajemy zawiezieni na nasz pierwszy nocleg, w Gizie – Mazar the Pyramid. Okolice lotniska czyste, im dalej, tym gorzej. Giza to syf, brud i ubóstwo, ale sam hotel bardzo przyjemny. Dostajemy pokój przy basenie, a z tarasu restauracji mamy piękny widok na piramidy! Szczególnie magicznie wyglądają wieczorem w zachodzącym słońcu. W ciągu dnia usiłujemy sie przespać, a przynajmniej odpocząć po długiej podróży. Tomkowi skonfiskowano podczas drugiej kontroli osobistej dezodorant (w Edynburgu nie obowiązują już limity płynów, ale w Atenach wciąż tak), więc wpadam na genialny pomysó, żeby się przejść do najbliższego sklepu. Tomek jest przeciwny takim wedrówkom, ale daje sie namówić na kawałek “autentycznego” Egiptu... Spacer w jedną stronę zajmuje nam około 20 minut..ale nie jest to przyjemność. Ilość śmieci porównywalna tylko z Indiami. Boczne uliczki niczym nieutwardzone, wszystko zakurzone od piachu. Żadnego białego, najwyraźniej nikt z turystów tu się nie zapuszcza, mimo tego, że do piramid stąd rzut beretem. Niby toczy sie normalne życie, jakaś knajpa na otwartym powietrzu, oddalona metr od wysypiska śmieci, po którym przechadzają się wychudzone psy i wyjadają resztki (znów skojarzenie z Indiami); grupki facetów palących sziszę i grających w gry planszowe. Nikt nas nie zaczepia, ale czujemy sie conajmniej nieswojo. Ktos nam wskazuje drogę do..piramid, bo czego innego mógłby tu szukać biały? Docieramy do tego niby marketu, który jest małym osiedlowym sklepikiem, z którego korzystają mieszkańcy okolicznych niedokończonych, odrapanych i rozlatujących się bloków. Kupujemy co chcemy, łacznie z taniutkimi i przepysznymi owocami mango i wracamy inną droga do hotelu, modląc się w myślach, żeby nikt nas nie zaczepiał. Uff... jesteśmy w hotelu. Przy basenie trwa właśnie disco w wodzie... na szczęście okolo 22 wszystko ucicha.